-

maciej-cielecki

Drogi i bezdroża majora Sinclaira

            3 grudnia 1994 roku w Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Jerzego Piotra Majchrzaka pod tytułem „Kamienie Sinclaira”. Jego autor informuje nas o tym, że podczas przeglądania materiałów zielonogórskiego Archiwum Państwowego odkrył XVIII-wieczny rękopis relacjonujący tajemniczą śmierć szwedzkiego barona oraz oficera - Malcolma Sinclaira. Dokument ten został napisany przez niejakiego Couturiera, towarzysza podróży Sinclaira, a przez to świadka całego zajścia. Dzięki niemu Majchrzak dowiedział się, że pod Nowogrodem Bobrzańskim, dziś będącym częścią powiatu zielonogórskiego, dwóch rosyjskich oficerów działających pod nazwiskami Kuttler i Lewicki, dopuściło się brutalnego mordu na wracającym do Szwecji dyplomacie. Historia ta, niemająca precedensu w tamtych czasach, miała swoje głębokie reperkusje i odbiła się szerokim echem w całej Europie. W 1909 roku, a więc w okresie rządów pruskich, postawiono koło Nowogrodu pomnik upamiętniający ten incydent. Kiedy jednak Śląsk znalazł się w granicach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej skład demograficzny tamtejszej populacji całkowicie się zmienił, a pamięć o tych wydarzeniach zaczęła stopniowo zanikać.

           

            6 września 2002 roku cisza lubuskich lasów została zakłócona przez dźwięk szkockich dud - instrumentu dość egzotycznego dla okolicy, w której przyszło mu zabrzmieć. Powodem tego niecodziennego wydarzenia było odsłonięcie odnowionego pomnika upamiętniającego śmierć, pochodzącego ze Szkocji, majora Sinclaira. Z okazji uroczystej restauracji zabytku, nowogrodzki las odwiedzili bardzo znamienici goście. Prosto z Anglii przybył członek Izby Lordów, a zarazem przedstawiciel klanu Sinclairów – Malcolm Sinclair. Obecny był też inny krewny majora - Niven Sinclair, minister pełnomocny ambasady Szwecji w Warszawie – Jan Henrik Amberg, a także zaproszeni goście ze Szwecji oraz Niemiec. Dla wielu osób taki zestaw gości mógłby się wydawać nieco dziwny. Tym bardziej, że morderstwa dokonano w 1739 roku. Kiedy jednak uświadomimy sobie, że incydent ten okazał się jedną z iskier, które rozpaliły dwuletnią wojnę między Rosją, a Szwecją, a także dodamy refleksję dotyczącą polityki historycznej państw poważnych, które dbają o każdy, nawet najbardziej wyblakły fragmencik własnej pamięci historycznej, to będziemy musieli przyznać, że jednak wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy jakiś konkretny moment lub symbol historyczny, będzie można wykorzystać do bieżącej polityki.

 

            Przybliżmy teraz postać tragicznie zmarłego majora. Malcolm Sinclair urodził się w 1690 roku, w zamieszkującej Szwecję, rodzinie szkockich imigrantów. Jak wielu żyjących w tamtych czasach Szkotów, postanowił związać swój los z armią oraz wojaczką. Będąc bitnym i kompetentnym żołnierzem, dochrapał się pozycji podporucznika w Gwardii Honorowej Karola XII. Sinclair był pod wielkim wrażaniem sukcesów wojskowych młodego króla i należał do jego stronników. Towarzyszył swojemu monarsze tak w czasie zwycięstw, jak również podczas porażek. Po druzgocącej klęsce armii szwedzkiej pod Połtawą w 1709 r. dostał się do niewoli i został zesłany przez cara Piotra I na Sybir. Powrócił stamtąd dopiero w roku 1722, tuż po upokarzającym dla Szwecji pokoju w Nystad.

           

            Do historii przeszedł jednak przede wszystkim, jako niefortunny dyplomata. Przez 18 lat od czasu porażki z Rosją, Szwecja szła drogą pokoju i nie wchodziła w otwarty konflikt ze swoim wschodnim sąsiadem. W tamtym okresie rządy w kraju sprawowała prorosyjska partia „czapek”, dla której najważniejsze było lizanie wojennych ran oraz układność w relacjach z rosyjskim samodzierżawiem. Kiedy jej dobra, polityczna passa się skończyła, do głosu doszło profrancuskie i antycarskie stronnictwo „kapeluszy”, które sprawiło, że w kraju trzech koron na nowo odżyły sny o utraconej potędze. Malcolm Sinclair, „karolińczyk” należał rzecz jasna do drugiej z wymienionych frakcji. Będąc jednocześnie członkiem Tajnej Rady Wojennej, został on desygnowany do wykonania bardzo poufnej misji. W 1737 roku ruszył do Turcji z zadaniem zawiązania sojuszu zaczepno-obronnego, wymierzonego wprost w Rosję oraz pośrednio również w jej sojuszniczkę Austrię. Niestety, rosyjska dyplomacja szybko dowiedziała się o tych knowaniach i kazała niezwłocznie wysłać pościg za Sinclairem. Wracający do Szwecji oficer, jechał przez Polskę oraz austriacki Śląsk. Tam właśnie został wyśledzony przez oddział specjalny działający z rozkazu carycy Anny, a następnie zamordowany w okolicach Zielonej Góry.

 

            Tak wyglądają podstawowe fakty. Jeżeli jednak skupimy się bardziej i poszerzymy nieco naszą perspektywę, to osoba majora Sinclaira oraz jego ostatnia podróż posłużą nam, jako soczewka, dzięki której będziemy mogli dostrzec wiele ważnych wątków składających się na ówczesny polityczny pejzaż.

 

Stuart z Loch Ness

 

          Kiedy Malcolm Sinclair przyszedł na świat, kraj jego przodków już od dwóch lat był pozbawiony swojej rodzimej dynastii. W 1688 roku doszło do drugiej detronizacji Stuartów, a nienawidzonego za ostentacyjny katolicyzm Jakuba II zastąpił holenderski stadhouder, Wilhelm Orański. Dzięki temu, że był on mężem siostry zdetronizowanego króla - Marii - udało się wówczas zachować legitymistyczne podstawy dalszego trwania unii obu państw. Nie zmieniało to jednak faktu, że Wilhelm I nie był lubiany przez szkockie klany, a opozycja wobec nowego władcy zrodziła się wraz z jego przybyciem na Wyspy.

 

            Żyjący na wygnaniu Jakub II zwrócił się o pomoc do papieża oraz króla Francji, Ludwika XIV.  Ten zaś prowadząc wojnę z Holandią, a więc pośrednio również z Anglią, jak najbardziej pragnął powrotu obalonego króla na wyspiarski tron. Liczył na to, że będzie mógł go kontrolować i przy jego współpracy złamać opór holenderskich miast. Materialne wsparcie, którego udzielał Jakubowi II, zaowocowało szeregiem prób odbicia Wysp z rąk protestantów. Wspomnijmy tu choćby o inwazji na Irlandię w 1689 oraz desancie królewskiego syna, również Jakuba, w Szkocji w roku 1715. Akcje te, podobnie zresztą jak kilka pomniejszych, zakończyły się całkowitym fiaskiem.

 

            Dopóki na brytyjskim tronie zasiadała Maria Stuart, a później jej siostra Anna, zachowywane były przynajmniej pozory szacunku dla dynastycznych praw Stuartów. Kiedy jednak ta druga, nie pozostawiwszy żadnego potomka*, zmarła w roku 1714, kolejnym władcą, na mocy Act of Settlement, został najbliższy protestancki krewny panującej dynastii - Jerzy I Hanowerski. Nowa dynastia nie była lubiana przez większość społeczeństwa, tym bardziej, że Jerzy odznaczał się skąpstwem, małą bystrością oraz brakiem sympatii dla swoich poddanych. Popierali go przede wszystkim kupcy oraz bankierzy, reprezentowani w parlamencie przez „postępową” partię wigów. Opozycja natomiast, oprócz szkockich klanów, składała się głównie z członków „ziemiańskiej” partii torysów.

 

            Maria Niemojowska, autorka popularnej książki pod tytułem „Ostatni Stuartowie”, nie może się nadziwić temu, że Stuartowie z takim uporem starali się odzyskać panowanie w Wielkiej Brytanii. Wszystko kładzie na karb niepoprawnego romantyzmu przedstawicieli tej dynastii oraz irracjonalnego uporu ich popleczników. Nie bierze przy tym w ogóle pod uwagę faktu, że nowe rządy kapitalistycznych wigów, za wszelką cenę rugujące wszelkie resztki feudalizmu, nie mogły się podobać sporej części społeczeństwa. Za panowania dynastii hanowerskiej parlament osiągnął wszechwładzę, a królowie zostali sprowadzeni do roli reprezentacyjnych figurantów. Doszło również do wzrostu oraz wzmocnienia diaspory żydowskiej na Wyspach. Jak wiemy, jej egzystencja w Anglii została całkowicie zakazana przez Edwarda I w 1290 roku. Za jej powrotem optował związany z holenderskim kapitałem portugalski rabin oraz kabalista, Mennaseh ben Izrael. W roku 1655 udało mu się namówić Cromwella oraz jego ludzi do ponownego otwarcia granic dla Narodu Wybranego. Lord Protektor zdecydowanie doceniał handlowe zdolności Żydów, ale nie był jakimś wielkim filosemitą. Mimo tego, że po jego śmierci parlament skrupulatnie pilnował, aby Karol II przychylnie odnosił się do semickiej społeczności, to jeszcze w 1690 roku, w Anglii mieszkało zaledwie około czterystu rodzin żydowskich. Od tego jednak momentu, ta niewątpliwie skromna populacja, zaczęła stale rosnąć, a panowanie Wilhelma I było okresem, w którym pozycja diaspory zdecydowanie okrzepła. I to pomimo wciąż ponawianego oporu ze strony konserwatywnych i projakobickich torysów. W konflikcie między Hanowerczykami a Stuartami, Żydzi jednoznacznie opowiedzieli się po stronie dynastii panującej. Dla nich, podobnie jak dla wigów, powrót szkockiej dynastii byłby tym samym, co wynurzenie się z otchłani potwora z Loch Ness.

 

            Tożsamość Sinclaira – jakobickie podziemie w Szwecji

         

            Szwecja była krajem, z którym Malcolm Sinclair był związany od początku swojego życia. Jak już wcześniej wspomniałem, był on wiernym sługą Karola XII, dla którego walczył, a potem znosił syberyjską katorgę. Monarcha ten uchodził za wielkiego wojownika, którego męstwo i talenty wojskowe były wprost proporcjonalne do brawury, jaką wykazywał swoimi posunięciami politycznymi oraz militarnymi. Jak wszyscy pamiętamy z lekcji historii, jego głównym oponentem był car Piotr I, z którym przez 18 lat prowadził długą i wyniszczającą wojnę. Wojnę, którą przegrał i za którą Szwecja musiała zapłacić utratą większości swoich bałtyckich nabytków terytorialnych. Na fali rozczarowania społecznego oraz ingerencji Rosji, szwedzcy królowie stracili swoją absolutną władzę, a ich poczynania były odtąd ściśle kontrolowane przez narodowy parlament – Riksdag.

 

            Od momentu śmierci króla Karola w 1718 roku, rej w polityce Szwecji wiodły dwie osoby. Pierwszą z nich był jej wieloletni premier, Arvid Horn. Drugą zaś, wybitny dyplomata Carl Gyllenborg. Stojąc po przeciwnych stronach barykady, panowie ci dążyli do realizacji zupełnie różnych programów politycznych.

 

            Arvid Horn pochodził z Finlandii i urodził się w ubogiej szlacheckiej rodzinie. Był oddany sprawie Karola XII i jako żołnierz zasłużył się dużą odwagą na polu bitwy. Później okazał się również zdolnym dyplomatą, za którego sprawą doszło do czasowej abdykacji króla Polski Augusta II oraz elekcji Stanisława Leszczyńskiego. Kiedy jednak postanowił całkowicie poświęcić się polityce i został przewodniczącym Rady Królewskiej, coraz bardziej nie zgadzał się z posunięciami króla. Nigdy, co prawda nie zdradził Karola, a gdy ten znajdował się na przymusowej emigracji w Turcji, bronił jego prerogatyw przeciw anty-monarchicznym członkom Riksdagu. Wraz ze śmiercią władcy, Horn zmienił jednak front i postanowił stanąć po stronie tych, którzy pragnęli ograniczenia władzy królewskiej. Udało mu się nakłonić królową Ulrykę Eleonorę do zrzeczenia się dziedzicznych praw do korony i przyjęcia tytuły monarchy elekcyjnego.

 

            Przez pierwszą część panowania jej następcy - Fryderyka Heskiego - Arvid Horn był Pierwszym Ministrem w kraju, a także liderem „partii czapek”. Jego polityka charakteryzowała się daleko idącą ugodowością wobec Rosji oraz nieangażowaniem się w zbrojne konflikty. Taka postawa zjednała mu sporą część zwolenników wśród społeczeństwa, tak mocno zmęczonego wieloletnią imperialną polityką szwedzkich władców. Jednak z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać. W latach 30. XVIII wieku coraz częściej słychać było głosy krytyki pod adresem premiera. Zarzucano mu, zbytnią uległość oraz brak wizji w kwestii polityki zagranicznej Szwecji. Jednym z przykładów takiej postawy była całkowita bierność Szwedów w kwestii ponownego wprowadzenia Stanisława Leszczyńskiego na tron polski. Będąca główną siłą opozycyjną „partia kapeluszy”, uważała, że kraj powinien powrócić do starego, pamiętającego jeszcze czasy wojny trzydziestoletniej, sojuszu z Francją. Ingerencja Wersalu w sprawy Polskie oraz jego dążenie do reelekcji króla Stanisława w 1733 roku, wydawały się idealnym momentem do odnowienia współpracy między oboma krajami. Horn jednak nie chciał drażnić Rosji i nie zrobił nic w sprawie utrzymania francuskiego kandydata u sterów Rzeczpospolitej. Z czasem został rzucony w ogień gwałtownej krytyki ze strony bojowej opozycji i musiał ustąpić w 1739 roku. Jego myśl polityczna była oceniana przez wielu jako szczyt politycznego realizmu i zapobiegliwości, które pozwoliły przetrwać Szwecji bardzo trudne czasy. Z drugiej strony oskarżano go o brak patriotyzmu, a nawet zdradę. Taki pogląd na przykład reprezentuje część naszych historyków uważających, że Arvid Horn był zdemoralizowany do reszty, uniesiony zaciekłością partyjną, gotów do brania dalszych judaszowych srebrników.

 

            W 1738 roku funkcję premiera oraz ministra spraw zagranicznych przejął lider „partii kapeluszy” Carl Gyllenborg. Wyznaczając nowe kierunki, zamierzał nadać polityce szwedzkiej większego rozmachu i przywrócić jej mocarstwowy status. To właśnie on był zwierzchnikiem Sinclaira i wysłał go z misją do Turcji. Zanim jednak stał się najważniejszą osobą w państwie, musiał przejść wcale długą drogę. Początkowo, podobnie jak Arvid Horn, służył w armii Karola XII. Jednakże już w 1703 roku został mianowany sekretarzem ambasady Szwecji w Londynie, a w 1710 otrzymał tytuł ambasadora. Jego polityka wobec Anglii była podyktowana tak osobistymi sympatiami, jak również nowymi okolicznościami politycznymi, jakie wpływały na relacje szwedzko-angielskie.

 

            Od czasu abdykacji Jakuba II Stuarta, tradycyjnie poprawne kontakty między Szwecją, a Anglią zaczęły się rozluźniać. Nie można było jeszcze mówić, co prawda o jakiejś wzajemnej wrogości, gdyż jeszcze w 1700 roku doszło do zawarcia sojuszu obronnego między oboma krajami. Niemniej jednak bankierzy z City przestali widzieć w nieobliczalnym Karolu XII, stabilnego partnera politycznego, a jego klęska w wojnie z Rosją tylko ich w tym utwierdziła.

 

            Do przełomu doszło w czasie przymusowego pobytu króla Szwecji na dworze sułtana oraz wstąpienia na tron brytyjski króla Jerzego I z dynastii hanowerskiej. Imperium szwedzkie na skutek serii porażek oraz nieobecności swojego władcy, stanęło przed śmiertelnym zagrożeniem. Riksdag pełen był zdrajców, a wśród krajów ościennych planowano ewentualny rozbiór państwa trzech koron. Doszło do porozumienia między Rosją, zależną od niej Polską, Prusami, Hanowerem oraz Danią. Ta ostatnia odebrała Szwecji księstwo Bremen-Verdun, a następnie odsprzedała je Jerzemu I za śmieszną sumę 150 tysięcy funtów. Karol XII, który wrócił do Szwecji oczywiście nie zgodził się na taką sytuację i rozpoczął walkę o utracone ziemie. Wtedy to, za pośrednictwem Gyllenborga oraz współpracującego z nim Georga Heinricha von Gortza, zwrócili się do niego stronnicy pretendenta do angielskiego tronu, Jakuba (III) Stuarta. Powstał plan, według którego król Karol wraz z 15 tysiącami żołnierzy miał dokonać desantu na Wyspach i obalić króla Jerzego. Być może rachuby te miałyby szanse powodzenia gdyby w 1717 roku nie doszło do aresztowania oraz wydalenia z Anglii Gyllenborga oraz Gortza. Wszystko za sprawą brytyjskiego wywiadu, który przechwycił korespondencję dyplomatów. Na jej kartach obaj panowie jawnie przyznawali się do finansowego wspierania jakobitów. Dodatkowo rok później Karol XII zginął podczas walk w Norwegii i cały projekt ostatecznie upadł.

 

            Po śmierci króla, Carl Gyllenborg wciąż starał się prowadzić politykę profrancuską oraz projakobicką. Francja w przeszłości wspierała ekspansję Szwecji, a sprawa Stuartów uzasadniała pretensje państwa trzech koron do księstwa Bremen-Verdun. Jeżeli dodamy do tego fakt, że żoną Gyllenborga była, nieukrywająca swoich jakobickich sympatii, baronowa Sara Wright, to jasne staną się dla nas motywy postępowania szwedzkiego dyplomaty.

 

            Jedną z obszerniejszych pozycji, które opisują historię szwedzko-jakobickiej współpracy jest książka Marshy Keith Schuchard „Emanuel Swedenborg, Secret Agent on Earth and in Heaven”. Jak sam tytuł wskazuje, porusza ona tematy potocznie uważane za rewizjonistyczne. I rzeczywiście, jej podstawowa tematyka zahacza głównie o takie wątki, jak działalność polityczna lóż masońskich oraz praktyczne zastosowanie hermetycznych nauk. Można się oczywiście przyczepić do tego, że dzieło to skupia się głównie na intrydze politycznej oraz powiązaniach głównego bohatera oraz jego współpracowników z wszelkiej maści tajnymi stowarzyszeniami, a totalnie pomija przy tym gospodarkę oraz globalną politykę tamtych czasów. Nie można jej jednak odmówić bogactwa faktograficznego, dzięki któremu sporo dowiadujemy się o ludziach pracujących wówczas dla Carla Gyllenborga. A było to towarzystwo iście doborowe.

 

            Zacznijmy od tytułowego Emanuel Swedenborga. Znamy go z jednej strony, jako wszechstronnego naukowca, twórcę mgławicowej teorii ukształtowania ciał niebieskich, człowieka, który dał nam podstawową wiedzę na temat pracy oraz natury mózgu, a także badacza wielu innych zagadnień natury fizjologii, geologii oraz fizyki. Z drugiej zaś wiemy, że był on mistykiem, człowiekiem, który rzekomo rozmawiał z Aniołami i na bazie swojej wizji Sądu Ostatecznego sformułował nową doktrynę religijną o nazwie Nowe Jeruzalem. Nigdy, co prawda nie zdobyła ona wielkiej popularności, ale w przyszłości miała zainspirować takich tuzów jak Jung, Emerson, Balzac, Baudlaire czy Blake. Okazuje się jednak, że to nie wszystko. Schuchard stawia tezę, że naukowiec pracował, podobnie zresztą jak jego ojciec Jesper Swedberg, w charakterze szpiega dla Carla Gyllenborga. Emanuel już w młodym wieku odwiedził Londyn i tam rzekomo został zwerbowany przez szwedzką agenturę. Od tego momentu przez dużą część swojego życia podróżował po Europie, wykonując przy tym różne tajne misje.

 

            Drugą, obok Swedenborga, osobą zajmującą się szpiegowaniem na rzecz Gyllenborga, był jego szwagier Erik Benzelius. Zajmował się on teologią luterańską, a także interesowały go nauki różokrzyżowców i innych sekretnych stowarzyszeń. Będąc arcybiskupem Uppsali, budował intelektualne zaplecze dla swoich koncepcji, a także utrzymywał kontakty z najwybitniejszymi naukowcami epoki. Szczególnie mocno interesował się kabałą. Przyjaźnił się ze Swedenborgiem, dzielił z nim interesującymi pracami naukowymi oraz paranaukowymi, a także zapraszał na uniwersytet różne inspirujące osoby.

 

            Jedną z najciekawszych tez pracy Marshy Keith Schuchard jest jej polityczna interpretacja nauk kabalistycznych oraz rzekomych kontaktów Emanuela Swedenborga z Aniołami. Miały one być częścią tajnego języka komunikacji, używanego podczas pracy wywiadowczej szwedzkich agentów. Kiedy mówimy o kabale, musimy wspomnieć o człowieku, który utrzymywał ścisły kontakt z Benzeliusem i tak jak on pracował na uniwersytecie w Uppsali. Nazywał się Mojżesz ben Aron i pochodził z Krakowa. W przeszłości należał do zwolenników, nieżyjącego już wówczas, żydowskiego mesjasza Sabbataja Cwi. Pomimo tego, że zawiódł się na fałszywym proroctwie głoszącym rychły powrót wybrańca, nie porzucił swoich kabalistycznych praktyk W 1701 roku rozpoczął wykładanie rabinicznego języka hebrajskiego, a także zmienił nazwisko na Johann Kemper. W swojej pracy postanowił dokonać syntezy chrześcijaństwa oraz nauk zawartych w księdze Zohar. Uważał, że jej treść zawiera ukrytą doktrynę o Trójcy Świętej. Przypuszcza się, że był on również tutorem Emanuela Swedenborga, a także inspiracją dla jego późniejszych działań. Obecność Kempera w Szwecji stała się możliwa dzięki przychylnemu stosunkowi Karola XII do Żydów. Okazał się on w tym względzie totalnym przeciwieństwem swojego ojca, Karola XI, który w 1685 roku dokonał całkowitej eksmisji Narodu Wybranego z terenów Szwecji.

 

            Marsha Keith Schuchard stawia tezę, że zaimportowana przez filosemicki Uniwersytet w Uppsali kabała, służyła przede wszystkim do kodowania korespondencji wywiadowczej, a także poprzez jej hermetyczny język do przekazywania informacji innym agentom. Podobnie było z anielskimi widzeniami Emanuela Swedenborga. Schuchard pisze, że szwedzki uczony zaczerpnął te kwestie z prac Roberta Hooke'a, wybitnego badacza pism alchemika wszech czasów – Johna Dee. Według Hooke'a Dee swoją wiedzę kryptograficzną oraz angelologiczną czerpał od Johannesa Trithemiusa, żyjącego na przełomie XV i XVI wieku niemieckiego humanisty oraz okultysty. Swedenborg nie tylko posługiwał się zapożyczonymi technikami kodowania informacji, ale również opisywał w poematach swoje kontakty z aniołami. Według jego biografki były to ukryte informacje o spotkaniach z innymi agentami oraz treściach, którymi się z nimi wymieniał.

 

            Jak więc widzimy, ciekawi ludzie znajdowali się wokół Carla Gyllenborga. Niemniej jednak jego dalekosiężne plany, którymi był sojusz z Francją, wymiana dynastii w Anglii oraz ponowne rzucenie wyzwania Rosji, zaczęły mieć szansę na powodzenie dopiero w drugiej połowie lat 30. XVIII wieku. Arvid Horn stracił swój polityczny mandat, a partia „kapeluszy” zaczęła bezpardonowo dążyć do wojny. Żeby móc pokonać Rosję, nowy premier potrzebował sojuszników na wschodzie. Jego plan zakładał nawiązanie współpracy ze stałym geopolitycznym przeciwnikiem caratu – Turcją, a także wyrwanie Polski spod rosyjskiej dominacji.

 

            Z ziemi Turka do Polski

 

          Kiedy w 1738 roku major Sinclair został wysłany do Konstantynopola, Turcja już od trzech lat prowadziła równocześnie dwie wojny. Pierwszą z nich był konflikt z Rosją, w którym chodziło o kontrolę basenu Morza Czarnego. Turcy zaalarmowani śmiałymi działaniami Petersburga podczas wojny sukcesyjnej w Polsce, postanowili posłużyć się chanem krymskim i trochę pognębić Moskali. Niestety wypadki zaczęły toczyć się w złym kierunku, po pierwsze przez to, że przestarzała armia sułtańska zaczęła dostawać tęgie baty, a po drugie ze względu na przyłączenie się do wojny odwiecznego wroga Imperium Osmańskiego - Austrii. Petersburg był związany z Habsburgami sojuszem i zdecydowanie nalegał na austriacką interwencję na Bałkanach. Carskie wojska z kolei wkroczyły na Krym. Postawiony przed takimi faktami sułtan Mahmud I musiał szukać sojuszników. Szwecja, choć odległa, wciąż pałała rządzą rewanżu wobec Romanowów. Czyniło ją to naturalnym sprzymierzeńcem Porty. W stolicy Turcji wciąż żyła pamięć o, przebywającym w niej niegdyś, Karolu XII. Wysłanie do Konstantynopola jego wiernego żołnierza miało być, więc dodatkowym atutem dyplomatycznym. I rzeczywiście, rozmowy zakończyły się sukcesem, a Sinclair mógł wracać do swojej skandynawskiej ojczyzny. Pierwszym przystankiem na jego trasie była Polska – element szalenie ważny w całej układance Carla Gyllenborga.

 

            Zaledwie kilka lat przed opisywanymi wypadkami Rzeczpospolita wykrwawiała się w wojnie sukcesyjnej. Po śmierci Augusta II Francja pod rządami kardynała Fleury starała się ponownie osadzić Stanisława Leszczyńskiego na tronie polskim. Było to oczywiście nie w smak Rosji oraz Austrii, przedstawiającym się wówczas, jako „szczerzy” obrońcy tradycyjnej wolności szlacheckiej. Wojna, której teatrem była nie tylko Polska, ale również Nadrenia oraz Italia, nie zakończyła się niestety sukcesem obozu stanisławowskiego i to w dużej mierze przez wycofanie francuskiego poparcia dla jego starań. Teraz jednak Gyllenborg postanowił wejść w sojusz z Wersalem i szukał porozumienia z rodami szlacheckimi przychylnymi sprawie Leszczyńskiego. Najaktywniejszym z nich była familia Potockich. Sinclair zanim udał się do Turcji, przebywał we Lwowie, gdzie nawiązał kontakt ze zwolennikami króla Stanisława, hetmanem Józefem Potockim i  wojewodą bełzkim, Antonim Michałem Potockim. Członkowie tego obozu, pragnąc zawiązać konfederację wyczekiwali pomocy z zewnątrz i mocno liczyli na Francuzów oraz Szwedów. Projektowany przez partię „kapeluszy” plan zakładał, że Szwecja przy pomocy Francji oraz rodzimej szlachty doprowadzi do abdykacji Augusta III i wstąpienia na tron Leszczyńskiego. Wciąż pracowano nad ewentualnym powrotem Stuartów na tron angielski, a charyzmatyczny syn Jakuba (III), Karol Edward, dawał na to pewne widoki. No i wreszcie, połączone siły turecko-szwedzko-polskie miały uderzyć na Rosję i wydrzeć z jej rąk tytuł regionalnego hegemona.

 

            Ten zawiły projekt niestety się nie powiódł. Przede wszystkim kardynał Fleury nie miał ochoty aż tak aktywnie uczestniczyć w sprawach wschodnich. Nie ufał Polakom, a jego agent w Turcji – Villeneuve – raportował, że sułtan owszem, z chęcią zaangażuje w swoje sprawy Polskę i Szwecję, ale nie będzie w żaden sposób partycypował w jakichkolwiek działaniach zaczepnych. Kardynał był zainteresowany przede wszystkim osłabieniem Habsburgów, a to zapewnić mogły wyłączne kontakty Francji z Portą, rozbicie sojuszu z austro-rosyjskiego oraz wspieranie młodego króla Prus, Fryderyka II. W tamtym okresie upadł rząd Horna, a resorty były dopiero przejmowane przez ludzi Gyllenborga. Przez to wszystko w działanie Szwedów zaczęła wkradać się opieszałość. Nowy premier dostawał najprzeróżniejsze propozycje od antywettyńskiego obozu w Polsce. Taki na przykład Antoni Potocki żądał 300 tysięcy talarów na zorganizowanie konfederacji, dostaw broni oraz małego desantu szwedzkiego w Kurlandii, który wiązałby siły rosyjskie. Pojawił się też plan wysunięty przez Piotra Pawła Sapiehę oraz Franciszka Radzewskiego. Według niego Szwecja dostarczyłaby od 10 do 12 tysięcy żołnierzy, którzy mieli wylądować w Gdańsku. W tym czasie województwa korony czekałyby już gotowe do konfederacji. Inwazja Szwedów oraz bunt w Polsce miały sprawić, że do powstania od razu przyłączyłaby się Litwa.

 

            Kiedy w 1741 roku, dwa lata po śmierci Sinclaira, Szwecja zaczęła odnosić pierwsze porażki w starciach z Moskalami, Gyllenborg zrozumiał w końcu, jak bardzo potrzebował polskiej dywersji. Postanowił, więc przedstawić plany Sapiehy w senacie:

 

            Dnia 14 marca podzielił się Gyllenborg z senatem swemi poglądami na sprawę polską. Odczytano raz jeszcze i przedyskutowano grudniowe relacje Rudenscholda z załącznikami Bony i Sapiehy. Radca Lagerberg, uczestnik niegdyś wyprawy Tatarów i Potockiego na Ukrainę (1711), ostrzegał, że konfederacja nie dojdzie, o ile Polacy nie ujrzą między sobą zwycięskich Szwedów. Król uważał cały plan wysłania 10—12 tysięcy ludzi za zbyt ryzykowny, choćby nawet Tarło, Sapieha i towarzysze okazali się porządnymi, dzielnymi ludźmi. Lowen uznawał ten projekt za niewykonalny, ale radził „utrzymywać Polaków w dobrym humorze”, w nadziei szwedzkiej pomocy.

 

            Prawdę powiedziawszy Szwedzi, związani walkami w Finlandii, nie mieli możliwości wysłania znaczniejszych oddziałów dla skonfederowanej szlachty. Gyllenborg przeliczył się i rozpoczął wojnę, w której z jednej strony zawiodła Francja oraz Turcja, a z drugiej nie dano szansy polskiej stronie. Co prawda po wojnie sukcesyjnej nie można było mówić o jakiejkolwiek podmiotowości Rzeczpospolitej, ale jak wykazaliśmy, wiele było w niej magnatów, których Szwecja mogła wykorzystać do swoich celów. Konflikt szwedzko-rosyjski lat 1741-1743 zakończył się klęską „kapeluszy”. Rosja zajęła południową Karelię oraz wymusiła na pokonanym przeciwniku gwarancję, że sukcesorem króla Fryderyka Heskiego, będzie jej kandydat – Adolf Fryderyk książę Holstein-Gottrop.

 

           

Angielski człowiek na śląskiej ziemi

 

            Pościg za Malcolmem Sinclairem rozpoczął się już w Polsce. Carski wywiad został stosunkowo wcześnie zaalarmowany w kwestii tureckiej misji oficera oraz planowanej trasy jego powrotu. Informacji tych dostarczył poseł rosyjski w Szwecji, Michaił Bestużew – Riumin. Nie ulegało wątpliwości, że Sinclair będzie kierował się w stronę Śląska. Ta stara i bogata dzielnica zaledwie rok po śmierci majora, miała stać się areną konfliktu, którego finał umożliwił wzrost nowego potentata na kontynencie - Prus. Jak się okazało, Karol VI był ostatnim przedstawicielem głównej linii Habsburgów. Jego panowanie było naznaczone serią konfliktów z sąsiadami, a wstąpienie na tron cesarskiej córki - Marii Teresy - stało się sygnałem do ataku dla Francji, a przede wszystkim rozbudziło ambicje, niewiele starszego od austriackiej władczyni, Fryderyka II. Król Prus był utalentowany i wierzył w siłę swojej armii. Nie przeliczył się. W dwóch kampaniach udało mu się błyskawicznie zająć większą część śląskich ziem. Maria Teresa zaś, zagrożona ze strony Francji oraz Bawarii musiała z bólem zaakceptować ten stan rzeczy.

 

            Wracajmy jednak do spraw angielskich. Jakobicki spisek, w którym Szwecja brała aktywny udział, sprawił, że City zdecydowanie postawiło na carat. Kluczowym momentem dla tego porozumienia było panowanie Piotra I. Wtedy to doszło do przewartościowania relacji między Londynem a Petersburgiem. W 1698 roku Kompania Moskiewska straciła swój monopol na handel z Rosją, co oczywiście nie oznaczało jej likwidacji. Równocześnie jednak car odbył swoją słynną podróż do Anglii oraz Holandii w celu poznania zachodniej sztuki wojennej oraz nowinek z zakresu budowy okrętów. To właśnie on, poprzez sprowadzenie brytyjskich inżynierów, dał podstawy pod zbudowanie nowej anglo-rosyjskiej społeczności kupieckiej w szybko rozbudowującym się Petersburgu. Pomimo tej ewolucji stosunków obu państw, rządy późniejszych samodzierżawców był niestabilne i nie gwarantowały stuprocentowej ochrony interesów Imperium. Tym bardziej, że na dworze carów coraz więcej do powiedzenia miał żywioł niemiecki. Dlatego też korona brytyjska potrzebowała alternatywnego i bezwzględnie oddanego sojusznika. W niedługim czasie stał się nim młody król Prus Fryderyk.

 

            Rodzina Hohenzollern wydawała się wręcz idealnym partnerem politycznym dla Wielkiej Brytanii. W tamtym okresie bowiem łączyły ją najbliższe więzy pokrewieństwa z angielskim domem panującym Matka Fryderyka, Zofia Dorota Hanowerska była siostrą króla Jerzego II oraz córką Jerzego I. Z kolei siostra tego drugiego – Zofia Szarlotta, była babką króla Prus od strony ojca. Tak silne związki rodzinne sprawiły, że kiedy wybiła godzina próby i w roku 1756 wybuchła wojna zwana siedmioletnią, Berlin posłużył Anglii za tarczę na kontynencie, gdy ta zdobywała niepodzielną kontrolę nad morzami oraz koloniami. Fryderyk zaś o mało, co nie stracił swojego panowania i gdyby nie tajemnicza wolta cara Piotra III, którą sam król Prus nazwał cudem domu branderburskiego, to po państwie Hohenzollernów nie byłoby nic do zbierania.

 

            Trup w Zielonej Górze

 

            16 czerwca 1739 Malcolm Sinclair opuścił Wrocław z zamiarem dotarcia do Stralsundu. Wybrał drogę przez Nowe Miasteczko oraz Zieloną Górę, a towarzyszył mu kupiec Couturier. Tego samego dnia do Dyrektora Policji Cesarskiej zgłosili się ludzie carycy - Kuttler oraz Lewicki. Poinformowali urzędnika, że na terytorium objętym jego jurysdykcją przebywa „szwedzki” szpieg, którego należy pojmać. Dyrektor wydał nakaz aresztowania. 17 czerwca oficerowie doścignęli powóz Sinclaira, znajdujący się wówczas między wioskami Drzonków i Zatonie. Początkowo zapewniali, że mają rozkaz znalezienia dla niego nowej trasy, a stosowne dokumenty okażą w bardziej sprzyjającym miejscu. Kiedy jednak baron zaczął się niecierpliwić, odpowiedzieli mu, że wiedzą, iż posiada on tajne dokumenty i w związku z tym będzie musiał wraz z towarzyszem oddać im swoją broń.

 

            Około godziny 20:00 powóz z eskortą znalazł się w okolicach Nowogrodu Bobrzańskiego. Tam też Kuttler najpierw upewnił się czy w miasteczku nie stacjonuje żadne wojsko, a następnie kazał przeszukać bagaże Sinclaira. W międzyczasie zaciągnął majora w zarośla gdzie najpierw wypalił do niego z pistoletu, a następnie prawdopodobnie dobił szablą. Z zarośli dobył się jedynie krzyk „Mon Dieu! Jezus, Mon Dieu!”. Couturierowi nic się nie stało. Wielu historyków podejrzewa, że był on od początku zamieszany w to morderstwo i współpracował z rosyjskimi agentami. Ci zaś po prostu odstawili kupca do Drezna, gdzie skontaktował się z nim rosyjski poseł Kayserling. Dyplomata przeprosił Francuza za tak nieprzyjemne okoliczności i dał mu 500 dukatów na dalszą podróż. Zabójcy zaś ruszyli w kierunku południowym przez Bolesławiec oraz Legnicę. Po przekroczeniu Odry w okolicach Głogowa ślad po nich zaginął.

 

            Kiedy wieść o śmierci Malcolma Sinclaira rozniosła się po świecie, opinia publiczna od razu obwiniała o tę zbrodnię carycę Annę. Ta zaś wyprała się wszystkiego i była oburzona, że ktoś w ogóle śmie ją podejrzewać o tak brudną zagrywkę. Dwaj oficerowie, którzy dopuścili się zabójstwa zostali wysłani na Syberię. Dzięki austriackim urzędnikom, Szwecja odzyskała utracone dokumenty, które oczywiście zostały rozpieczętowane i przeczytane. Gniew wśród Szwedów był duży, a ich bojowy nastrój, umiejętnie podsycany przez wewnętrzną propagandę. Anders Odel, autor takich ballad jak „Piosenki Syjonu”, specjalnie na tą okazję skomponował utwór pod tytułem „Pieśń Sinclaira”, w której major, spotkawszy w zaświatach swojego pana - Karola XII - opowiada mu o swoim nieszczęsnym losie i woła o pomstę na Rosji. Petersburg natomiast, poprzez gazety starał się zatrzeć niesmak całej sytuacji. Sugerowano w nich, że Szwecja zawarła tajne przymierze z Turcją, Chanem oraz Polską, a całą tą intrygą sterowała Francja. Napięcie coraz bardziej eskalowało i kiedy 24 lipca 1741 roku król Szwecji Fryderyk I wypowiedział wojnę Moskwie punkt 5 proklamacji brzmiał: Rosyjski dwór dopuścił się brutalnego mordu na wiernym słudze Jej Królewskiej Mości, majorze Sinclairze, i przyzwolił na zrabowanie listów i pism dotyczących spraw Rigstagu.

 

            W roku 1739 zginął Malcolm Sinclair. W 1740 Fryderyk II wkraczył na Śląsk i rozpoczął nowy rozdział w historii Prus. W latach 1741-1743 Szwecja przegrała wojnę z Rosją i raz na zawsze utraciła swoją mocarstwową pozycję w regionie. W Wielkanoc roku 1744 Emanuel Swedenborg ujrzał pierwsze wizje, które doprowadziły go do uformowania nowego ruchu religijnego, który przenosząc się w przyszłości do USA, przemieni się w teozofię. No i w końcu, w 1745 roku nieszczęsny Karol Edward Stuart wylądował w Szkocji, w następnym przegrał bitwę pod Culloden Moor i w konsekwencji, uciekając z pola bitwy w kobiecym przebraniu, pozostawił swój kraj na pastwę Anglików. Od tego momentu Szkocja raz na zawsze utraciła swoją suwerenność oraz podmiotowość. Niewątpliwie sekwencja tych wydarzeń ma swoje znaczenie i jest symbolem zmian, które zaszły na politycznej mapie Europy pierwszej połowy XVIII wieku.

 

*Zastanawiać może fakt, że Anna miała w swoim życiu aż 16 poronień.



tagi: sinclair  szwecja 

maciej-cielecki
15 maja 2017 09:21
2     615    1 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Tenerka @maciej-cielecki
20 maja 2017 22:25

Bardzo interesująca lektura. Niewiele wiemy o tych wydarzeniach. Gotowy scenariusz na produkcję filmową. Mieliśmy serial "Czarne Chmury" osadzony w bliskiej epoce.....i to chyba tyle. A tymczasem intrygi, spiski i masoneria, to normalka w tamtych czasach. Obawiam się że i dziś także. Pozdrawiam 

zaloguj się by móc komentować

maciej-cielecki @maciej-cielecki
22 maja 2017 16:31

Pozdrawiam również. Ja jestem z Zielonej Góry, dokładnie z miejsc gdzie zamordowano Sinclaira. Mnie jednak wciąż poraża to że w Szwecji doskonale pamiętają o tym incydencie. Nie dość ze rozumieją co się tam wydarzyło to jeszcze dbają o pamięć swoich agentow

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować